Newsletter subscribe

Gospodarka

Piotr Puciński: O AGROunii i problemach polskiego rolnictwa słów kilka

Posted: 4 kwietnia 2019 o 16:46   /   by   /   comments (0)

Współczesne środowisko narodowe wielokrotnie porusza problematykę rynkowego panowania wielkiego kapitału, przy całkowitej bierności, a wręcz komitywie z państwową machiną, stopniowo od kilkunastu lat na różne sposoby zalewającego i dominującego kolejne gałęzie przemysłu czy branże gospodarcze także w Polsce.

W przeciwności do miłośników mitycznej niewidzialnej ręki rynku potrafi diagnozować tę sferę – co pokazują kolejne przykłady z życia wzięte – trafniej, a składające się na nią przyczyny i skutki postrzegać szerzej, aniżeli jedynie przez populistyczne hasła o panującym w Polsce rzekomym socjalizmie.


Długo by wymieniać rodzime sfery gospodarki sprzedane obcemu kapitałowi (inna sprawa to w jak skorumpowanych warunkach spora część tych transakcji się odbywała), który wykorzystał Polskę głównie jako miejsce do obniżenia kosztów produkcji, choćby ze względu na tanią siłę roboczą. Wspomnieć można np. o bezprecedensowym wykupieniu przez kapitał niemiecki dużej ilości polskich zakładów cukrowniczych, by następnie… je zamykać. Abstrahując od samego wpływu takich sytuacji na potencjał i niezależność polskiej gospodarki, należy podkreślić także przykry aspekt socjologiczny. Mianowicie mam tu na myśli fakt, iż rozkład krajowego przemysłu odbywał się w swej niemałej części z jednej strony brakiem umiejętności skutecznego (ale również jakiegokolwiek) sprzeciwu setek tysięcy pracowników, którzy stracili miejsce zatrudnienia z dnia na dzień, będąc przy fatalnej wówczas sytuacji na rynku pracy (jeszcze przed sporym boom-em na rynku usług) w zasadzie skazanymi na emigrację. Z drugiej strony natomiast przy całkowitej znieczulicy społeczeństwa i jego nieumiejętności wydawałoby się banalnego myślenia przyczynowo-skutkowego, polegającego na tym, że gros surowców czy produktów końcowych, które Polska zmuszona będzie teraz importować, stawać się będzie po prostu droższymi, ze względu na monopol kapitału zagranicznego.


Ostatnie kilka lat to obserwowanie ogromnych problemów, jakie napotyka także polskie rolnictwo. Wydawałoby się, że dzięki wysokiej jakości i szerokiemu przekrojowi produktów, ogromnych tradycji, doświadczenia, a także coraz powszechniej stosowanym zaawansowanym technologiom, to obszar gospodarki nie do ruszenia. Niestety taki stan rzeczy zaczyna mieć z każdym kolejnym miesiącem charakter bliższy życzeniowości niż rzeczywistości. Stąd też warto dłużej wspomnieć o pewnym fenomenie (żywię gorącą nadzieję, że czas nie pokaże, iż było to określenie zbyt górnolotne) AGROunii. Genezy tego ruchu należy się doszukiwać w założonej w ubiegłym roku oddolnej Unii Warzywno-Ziemniaczanej, która skupiała producentów rolnych ze wschodniej części województwa łódzkiego. Już wtedy można było usłyszeć o pierwszych, nie tylko regionalnych akcjach rolników, którzy zaczęli dostrzegać pewne zjawiska, które nieco nakreśliłem wyżej, w skali większej aniżeli jedynie własne gospodarstwa. Pewien dynamizm, bezkompromisowość, a także zakres i charakter postulatów, mimo blokady medialnej pozwoliły, głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych i branżowych portali, poruszyć także inne regiony kraju. Należy tu nieco wspomnieć o twarzy środowiska, a mianowicie Michała Kołodziejczaka. Postać ta stała się przez ostatnie kilkanaście miesięcy rozpoznawalną na arenie społeczno-politycznej. Nie będę poddawał analizie życiorysu, majątku itp. wspomnianego Kołodziejczaka, jak czynią to w prymitywny sposób media głównego nurtu (od tzw. „lewa do prawa”), starając się przy tym przypiąć mu jak mają w swoim zwyczaju łatkę agenta, wichrzyciela, politycznej marionetki, czy nawet… „Leppera bis”. Na uwagę na pewno zasługuje pewna charyzma, jaką już wypracował sobie w środowisku, umiejętności organizacyjne, a także swoista „lekkość” przekazu, umiejąca dotrzeć w sposób zrozumiały do szerszej części społeczeństwa, aniżeli jak to często bywa w analogicznych sytuacjach, jedynie do własnej wąskiej grupki sympatyków. Co należy podkreślić idzie to w parze z naprawdę dużą merytorycznością i po prostu znajomością od podszewki tematyki rolniczej, co stwierdzić można po coraz liczniejszych wywiadach dla mediów.


Nie chciałbym się w niniejszym artykule skupiać jednak na personie lidera AGROunii, wybranego kilka dni temu Człowiekiem Roku Powiatu Sieradzkiego (stąd wywodzi się Unia Warzywno-Ziemniaczana), ale właśnie na niej samej, rozumianej nie w sposób sformalizowany, lecz jako oddolnemu ruchowi. Gwoli ścisłości oczywiście środowisko to posiada określone struktury (które zresztą w ostatnim czasie poszerza na teren całego kraju), koordynatorów, biura, oficjalne środki komunikacji medialno-społecznościowej itd. Tutaj można sobie postawić pytanie jak należy je określać – ruchem, stowarzyszeniem, związkiem zawodowym, korporacją branżową, a może jeszcze inaczej? Myślę, że po części AGROunia czerpie to, co najlepsze z każdej z tych definicji, co można uznać za jej silną stronę, nie dając się na swój sposób dzięki temu zaszufladkować. Na taką ocenę składa się również to, iż do organizacji dołączać mogą również osoby niebędące rolnikami, a po prostu np. konsumenci, zgadzający się z przekazem chcący wspierać inicjatywy AGROunii swoim wolontariatem. Jak pokazały ostatnie tygodnie wewnątrz własnego kręgu potrafią także zorganizować na cito (uprzedzając fakty) zbiórki finansów na solidarystyczne pokrycie mandatów i pomoc prawną, czy naprędce zebrać się większą grupą przy okazji rozpraw. Tytułem dygresji wsłuchując się w jeden z wywiadów z Michałem Kołodziejczakiem, skala i metody represji (vide próby przesłuchań bez pełnomocnika, absurdy z wezwaniami, publikację wizerunków bez żadnych dowodów wykroczeń itp.) zaczynają po części przypominać te sprzed kilku lat skierowane wobec kibiców czy nacjonalistów. To na pewno może służyć za przykład i świadczyć o organizowaniu dotychczasowych protestów w sposób przemyślany, ale i nieschematyczny, dający zarówno przekaz pozytywny, jak i negatywny. Mowa tutaj o tym medialnie najgłośniejszym (jakżeby inaczej) zorganizowanym w pierwszej połowie marca na placu Zawiszy w Warszawie. Wielu Polaków usłyszało wtedy po raz pierwszy o poważnych problemach rolników. Wcześniejsze akcje czy to informacyjne o charakterze pikiet, czy blokady dróg nie przyniosły takiego rozgłosu. Ten „zawdzięczają” rzekomo kontrowersyjnemu spaleniu opon oraz rozsypaniu kilkuset kilogramów jabłek, co rzekomo miało świadczyć o nadmiernym dobrobycie i luksusie, w jakim na co dzień mieliby żyć polscy rolnicy, czy co śmieszniejsze o świadomym marnotrawieniu żywności. Argumenty groteskowe biorąc pod uwagę fakt, że przeciętny obywatel naszego kraju marnuje ponad 200 kg żywności rocznie, a niezliczone ilości ton wspomnianych jabłek gniły w sadach ubiegłej jesieni. Tak wielkiej uwagi mediów nie przykuła zorganizowana tydzień później akcja rozdawania (nie pierwszy raz) ogromnej ilości jabłek przechodniom w kilku z największych miast Polski, informując ich przy tym, jak wyglądają podstawowe problemy polskich sadowników i hodowców, czy też jasno wskazując wymowne liczby, chociażby na przykładzie porównania ceny sprzedaży wspomnianych jabłek przez sadowników, z wielokrotnie większą ceną detaliczną, jaką oferują sklepy.


Trzeba przyznać, że postrzeganie zagrożeń i postulaty AGROunii są wielopłaszczyznowe, znacznie wykraczające poza obszar i interes rolnictwa. Pozwolę sobie zacząć od kwestii linii geopolitycznej obecnego (ale nie tylko) rządu. Nieodpowiedzialna, jednowektorowa utopijna wizja doprowadziła do tego, że tak ogromny rynek zbytu, jak rosyjski, nałożył na Polskę embargo m.in. na jabłka, kapustę, sery czy wieprzowinę. Dla wielu producentów rolnych był to jedyny kierunek eksportu produktów, a więc nałożenie embargo jest dla nich katastrofalne w skutkach. O ile Rosję traktować należy jako wielkiego gracza na arenie politycznej, słynącego z walki także na polu gospodarczym, o tyle absurdalną jest sytuacja ulegania względem… Litwy czy Ukrainy. W obu przypadkach zgody rządu na import świń, przy toczącej się cały czas w tle „aferze” na terenie naszego z afrykańskim pomorem świń, gdzie w Polsce dochodziło do tak niewiarygodnych sytuacji, jak wybijanie zdrowej trzody chlewnej, czy niejasnych sytuacji z odszkodowaniami. AGROunia wskazuje na potrzebę swoistego interwencjonizmu (realnego) w walce APŚ, rezygnację z wprowadzenia zakazu uboju rytualnego, czy ograniczenie populacji dzików. W kontekście Ukrainy należy też wspomnieć o dotowaniu przez polski rząd nomen omen konkurencyjnego rynku, o zgrozo np. przy produkcji malin, w których produkcji Polska jest światowym potentatem, czy też brak sprzeciwu polityków bezcłowego importu zbóż, czy drobiu do Unii Europejskiej (także Polski), którego produkcja nie jest w żadnym stopniu kontrolowana normami unijnymi. Należy sobie tutaj jasno powiedzieć, że rynek ukraiński jest bardzo dużym zagrożeniem dla naszego eksportu i tego typu działania są całkowicie bezmyślne (podobnie jak i wiele innych w polsko-ukraińskich relacjach). Mimo świetnej pozycji Polski w produkcji jabłek, marchwi, pieczarek czy drobiu, należy pamiętać, że wciąż jesteśmy technologicznie gorzej rozwiniętym krajem niż państwa zachodniej Europy i ta pozycja na skutek nieodpowiedzialnych działań rządu może ulec znacznej zmianie in minus. Tu siłą rzeczy na myśl narzuca się także pozycja, jaką polski producent rolny czy trzody chlewnej posiada na rynku wśród hurtowników, pośredników, detalistów tych mniejszych i większych. Niestety stoi on na straconej pozycji względem wielkiego kapitału, coraz częściej niestety zagranicznego. Ten oczywiście bez problemu może wymuszać i dyktować określone ceny skupu, a przy tym naliczać sobie wydawałoby się nierealne prowizje i marże. Windowanie cen produktów do sprzedaży detalicznej, z jakimi spotyka się konsument, to z pewnością temat, którym powinny zająć się odpowiednie służby państwowe, widząc tu przesłanki ku stwierdzeniu, iż mamy do czynienia m.in. ze zmowami cenowymi. U swego źródła tyczy się to nadużyć w postaci narzucania przez pośredników horrendalnie niskich cen, jakie gotowi są zapłacić polskim wytwórcom, poprzez np. szantaż zakupu z zagranicy w cenie wyższej. To sprowadza producentów produktów rolno-spożywczych do swoistej taniej siły roboczej, zagrożonej ryzykiem upadłości i długów na dobrą sprawę każdego dnia, a przecież jest to grupa ponoszącą największe koszty w całym procesie łańcucha dostaw. Pamiętajmy, że to na jego najniższym szczeblu znaczenie czynników pracy i kapitału ma największą wagę. Dodatkowo wspomnieć należy, że wielu pośredników bezkarnie zalega długimi miesiącami ze spłatą należności względem producentów, co np. ogranicza możliwości bieżącej spłaty kredytów czy rozwój technologiczny.


Kolejnym aspektem, jaki trzeba wyraźnie podkreślić jest fakt jawnego wprowadzania w błąd konsumentów przez wielkopowierzchniowe sklepy z kapitałem niemieckim i portugalskim. Od kilku lat rośnie w Polsce świadomość konsumencka, polegająca na zwracaniu uwagi na pochodzenie produktów detalicznych. Supermarkety stosują tu w wielu przypadkach nieetyczne manipulowanie faktami i oznaczanie produktów importowanych, jako… polskie. AGROunia domaga się kontroli wwożonych do Polski produktów, a także rzetelnego i zgodne ze stanem rzeczywistym oznakowania tych, które nie są produkowane w naszym kraju. To miałoby się uzupełniać z powstaniem regulacji prawnych gwarantujących odpowiednio wysokie kary finansowe za pogwałcenie tej zasady. Jest to jak najbardziej słuszne i wymagające szybkich działań założenie. Ponadto środowisko polskich producentów wskazuje na konieczność zwiększenia ilości produktów rolno-spożywczych polskiego pochodzenia wśród ogółu, na wzór stosowanego w Rumunii minimum równego 51%. Biorąc pod uwagę przekrój, jakość, ekologiczność (składają się na nią np. mniejsza ilość stosowanych oprysków, czy świeżość i brak głębokiego mrożenia mięs) polskich produktów nie powinno to budzić zdziwienia, pamiętając o tym, że wielokrotnie do Polski z zagranicy trafiają produkty gorszej jakości aniżeli tożsame sprzedawane w kraju eksportera.


Jak spoglądać w przyszłość w kontekście polskiego rolnictwa? O ile podstawowych zagrożeń i konieczności walki z nimi możemy być już świadomi, o tyle trzeba jasno sobie powiedzieć, że konieczna jest również kontrofensywa środowiska na wielu płaszczyznach. Na pewno rozwój mediów i sieci społecznościowych kazałby zadbać o odpowiedni wizerunek branży w przestrzeni publicznej, zwalczając np. akcje propagandowe uderzające w polskich wytwórców, co przekładało się już np. na zaprzestanie importu danego produktu przez określony kraj pod wątpliwymi pretekstami. Takie sytuacje uniemożliwiają niezbędną stabilność rozwoju oraz zaburzają polski eksport, a pamiętajmy, że aktualnie upadek wytwórców, czy przegranie nieuczciwej i nierównej konkurencji z obcym kapitałem będzie niestety nie do odwrócenia. Natomiast luki na rynku międzynarodowym szybko zostaną wypełnione przez bogatszych wytwórców zachodnich bądź tanie produkty zza wschodniej granicy Polski. Kolejną sferą do zagospodarowania są poszczególne szczeble łańcucha dostaw, jakie produkty polskich rolników i hodowców pokonują nim dotrą do konsumenta końcowego. Niestety ich złożoność, skala, potrzeba ogromnych środków finansowych, a także bardzo trudne warunki wejścia w tę sferę są ogromnym problemem, co nie oznacza, że branża nie powinna na poważnie rozpocząć, myślenie o kreowaniu własnych przetwórni, hurtowni, rynków zbytu, choćby na zasadzie spółdzielni, bądź też nawiązując międzybranżowe porozumienia z rodzimymi przedsiębiorcami. Na pewno dobrym, a właściwie koniecznym fundamentem pod to jest właśnie trwająca integracja szerokiego środowiska, jakiej dokonuje AGROunia, a także tworzenie struktur terytorialnych.


Mamy do czynienia z jawną walką wielkiego, obcego kapitału idącego niestety pod rękę z polskim, marionetkowym rządem, przeciw być może ostatniej dużej grupie społecznej, a właściwie branżowej, którą stać na samodzielność i jawny opór. Jasne jest, że organizowanie się i zjednoczenie środowiska, do jakiego dąży AGROunia jest i będzie nie na rękę kapitalistycznym molochom i państwu, o czym świadczyć mogą obłudne wypowiedzi ministrów rządu Prawa i Sprawiedliwości. Jak mówi stara zasada: zorganizowany obywatel to zły obywatel. Dodam, że nie przyrównuję protestów rolników i hodowców do np. bieżącego strajku nauczycieli, choć niektórzy chcieliby je zrównać, a są to moim zdaniem dwa całkiem odrębne problemy. Uważam tak m.in. ze względu na z jednej strony mowę o wytwórcach, eksporterach, kreowaniu rynków, które wpływają tak naprawdę na każdy aspekt naszego życia, zestawiając to z grupą zawodową na utrzymaniu budżetu, domagającą się w gruncie rzeczy podwyżek (ubolewam, że środowisko samo nie stara się zwalczać tego przodującego przekazu, zwracając uwagę na wiele innych poważnych problem polskiego systemu edukacji).


Nie zmienia to faktu, że w tym, jak i w innych przypadkach konieczne jest zjednoczenie różnych warstw społecznych i ludzi wywodzących się z różnych zawodów. Zniewolenie społeczne i gospodarcze osiągnie swoje apogeum szybciej niż nam się wydaje, jeśli przysłowiowy Kowalski nie zainteresuje się problemami oraz racjami rolników, ale i odwrotnie. Takiego samego zrozumienia należy wymagać od każdej innej części polskiego społeczeństwa w relacjach: wytwórca-konsument, pracownik-pracodawca, rząd-przedsiębiorca, a także uświadomienia sobie zależności wszędzie tam, gdzie wydają się one nawet pozornie dalekie. Jest to tym bardziej konieczne, gdyż w przypadku polskiego rolnictwa mówimy o ludziach kreatywnych i przedsiębiorczych, bez których udziału na rynku spożywczym ucierpimy wszyscy, na czele z naszymi portfelami, stając się zakładnikami monopolu obcego kapitału. Brak takiej mentalnej przemiany, polegającej na umiejętności myślenia w szerszym kontekście niż interes partykularny, doprowadzi do finalnego (a już trwającego) rozkładu narodu, rozumianego jako społeczeństwo zorganizowane, posiadające nie tylko określoną tożsamość, ale też wspólnotę celów społeczno-gospodarczych w horyzoncie czasowym wykraczającym poza teraźniejszość.

Comments (0)

write a comment

Comment
Name E-mail Website