„Zbigniew Rybak – Syn Józefa” jest świeżą biografią legendarnego chuligana Arki Gdynia — późniejszego założyciela klubu rugby oraz przedsiębiorcy. Tytułowy bohater stał się osobą znaną w całej Polsce głównie za sprawą filmów dokumentalnych Sylwestra Latkowskiego – “To, my rugbiści” (2000) i “Klatka” (2003).

Tysiące internautów kojarzą charyzmatycznego trenera chuliganów, który przed ustawką wypowiada kultowe słowa -„Najważniejsze jest pierwsze pier%@#niięcie” – to właśnie Rybak, który ze zawadiackim uśmiechem spogląda na nas z okładki. Laik i konformista zapewne zaklasyfikuje ową pozycję z wulgarnym cytatem na okładce jako kontrowersyjną. Jednak przede wszystkim jest to historia przedstawiająca realia Polski lat 90 i początku nowego milenium, opowiedziana z perspektywy bojówkarza i sportowca. Wiele negatywnych mitów na temat kibiców zostaje obalonych, ale jednocześnie bez zbytecznego wybielania.  Mnóstwo osób może być zaskoczonych, że człowiek wywodzący się z klasy robotniczej, potrafił zorganizować klub rugby bez pieniędzy, pomocy państwa i wielkich znajomości.

Spowiedź naszego tytułowego bohatera zaczyna się w jego dzieciństwie, czyli u schyłku PRL-u. Rodzina Rybaków przeprowadza się do Gdyni, a mały Zbyszek musi walczyć pięścią o przetrwanie na nowym podwórku, w szkole oraz na koloniach letnich. Młodszych czytelników uświadomię, że jeszcze za czasów mojej podstawówki, czyli w latach 90, rządziło wśród dzieci prawo pięści. Nauczyciele nie wzywali policji, a skarżenie nie było mile widziane wśród nikogo. Miało się do wyboru – być kozłem ofiarnym lub po prostu nauczyć się dobrze bić. Młody Zbyszek miał talent do bijatyk, więc zaczął trenować sporty walki, swoje umiejętności wykorzystywał, walcząc z kibicami wrogich klubów. Rybak szybko stał się liderem chuliganów klubu piłkarskiego Arka Gdynia. Co znaczy być chuliganem? Definicja również podana jest w książce. Lata 90, to czas, kiedy chuligani rządzili na polskich stadionach. Niestety Arka grała w niskich ligach, więc Rybak i jego koledzy robili karierę głównie podczas awantur na meczach reprezentacji. Czytelnik dostaje całe mnóstwo anegdot na temat kibicowskich zadym, imprez, wyjazdów zagranicznych,  ochranianiu dyskotek i problemów z policją. Z jednej strony krew leje się strumieniami, obecne są również wątki ze śmiercią w tle, z drugiej strony mamy sporą dawkę humoru, a nawet wątek miłosny. Czy owa pozycja propaguje bestialską przemoc i bandytyzm?  Nic bardziej mylnego. Rybak zawsze propagował czyste metody walki podczas bijatyk i sportową konkurencję – bez jakichkolwiek niebezpiecznych narzędzi i dobijania pokonanego przeciwnika. Tak zwany „pakt antysprzętowy” i „zawieszenie broni”  między klubami na meczach reprezentacji, zaoszczędziły wielu ofiar. Nasz bohater jednak się nie wybiela i nie udaje autorytetu moralnego.

“W Polsce mianem chuligana określa się każdego, kto w sposób agresywny łamie prawo, dopuszcza się rozbojów, czy niszczy mienie. Z czasem o chuliganach zaczęto mówić w kontekście zadym podczas meczów piłkarskich. Myślę jednak, że wypadałoby dodać, że byli jeszcze prawdziwi chuligani. I ja byłem jednym z takich. Chuliganem Arki Gdynia, której pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce wszyscy się bali.

Co nas wyróżniało? Dużo rzeczy. Przede wszystkim to, że staraliśmy się zachowywać honorowo. W walkach pomiędzy nami istniały pewne zasady, które sami wprowadzaliśmy. Jak choćby ta o nieużywaniu ostrego sprzętu. Walka miała być uczciwa. Jeśli ktoś padał, to nie było mowy, żeby go dobijać, skacząc mu po głowie. Zawsze negowałem takie zachowania i starałem się eliminować ze swojego otoczenia tych, którzy mieli sadystyczne skłonności. Nigdy nie rozumiałem, po co wyłamywać komuś palce, jak już i tak jest przegrany. Żeby mieć z tego satysfakcję? No to przecież było chore…”


Po paru latach następuje widoczna przemiana, kiedy Zbigniew Rybak nieco odsuwa się od chuliganki i zakłada, zupełnie od zera, klub rugby. Trudne początki prowadzą do coraz większych sukcesów. Nie jest to zwyczajny klub Rugby, ale alternatywa dla bojówkarzy, którzy dostali szansę legalnej formy aktywności fizycznej.  Nie było to dzieło samorządu ani dotacji państwowych, dokonał tego pewien przedsiębiorczy buntownik z pasją.

Książka liczy 255 stron, jednak sporą objętość stanowią zdjęcia, więc czyta się błyskawicznie. Okładka miękka, ale dzięki stronicom z kredowego papieru, możemy określić publikację jako ładnie wydaną. Prosty i potoczny język jest przystępny nawet dla tych szalikowców, którzy od czasów lektur szkolnych, bronią się przed muśnięciem literatury. Czytelnikom wywodzących się kręgów inteligencji, również polecam ów zakup, aby mogli spojrzeć na pewne kwestie z innej perspektywy, niż przedstawiają to mainstreamowe media.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię