Od momentu powstania polskiego serialu na podstawie książek Sapkowskiego – “Wiedźmin” minęło już ponad 17 lat. Oceny tej produkcji nie są najlepsze, ale mimo wszystko ma ona swoich wiernych fanów. Tym bardziej w świecie fantasy zawrzało, kiedy historią Geralta zainteresował się… Netflix. Pierwszy sezon, w całości udało mi się zobaczyć dzień po premierze, czyli 21 grudnia bieżącego roku. W tym czasie pojawiło się już sporo recenzji, głównie krytycznych, które zaczynają się od zdania “Nie obejrzałem jeszcze całości, ale…”. Czy faktycznie serial jest tak słaby? A może będzie on hitem na miarę HBO-wskiej “Gry o Tron”?

Serial a książka

Nie będę skupiać się na samych losach bohaterów ani przypominać fabuły twórczości Sapkowskiego. Tym bardziej że serial podchodzi do niej dość luźno. Pewne wątki są bardzo wyeksponowane, inne przemilczane, a często po prostu sceny są wymyślone, aby stworzyć zupełnie nową historię. Osobiście oglądałam “Wiedźmina” w wersji angielskiej, ale polecam włączyć z dubbingiem polskim, w którym ponownie usłyszymy fenomenalnego Michała Żebrowskiego.


Faktycznie zgadzam się z zarzutem, że serial na samym początku jest dość chaotyczny i nie wciąga widza. W zasadzie każdy kolejny odcinek jest lepszy od poprzedniego, ma się wrażenie, że pierwsze, a ostatnie odcinki dzieli spora przepaść. W związku z tym oszczędźcie sobie czasu na czytanie recenzji od osób, które znudziły się po 3 odcinku i zaczynają się “pastwić” nad „The Witcher”.

Gra aktorska

Ten miks książkowych opowiadań dość ciekawie akcentuje postacie kobiece, co zresztą widać było w materiałach promocyjnych. Chodzi tu przede wszystkim o zbudowanie losów Ciri i Yennefer, które stają się pełnoprawnymi bohaterkami produkcji. W mojej ocenie ta pierwsza wydaje się nieco stłamszona i na mnie nie zrobiła żadnego wrażenia. Przemyka po lesie, w towarzystwie czarnego elfa (ups) i szuka… no właśnie sama nie wie kogo. Relacja między Ciri a Geraltem, którą w książkach otacza pewien rodzaj magii, w serialu jest bardzo ograniczona.


Zupełnie inaczej wyglądają w moim odczuciu epizody związane z Yennefer. Przedstawienie jej losów i przemiany było dość ciekawie ukazane. Sama postać naprawdę robi niesamowite wrażenie, czasami miałam większą chęć śledzić jej poczynania niż samego Wiedźmina, który gdzieś zanika przy hipnotyzującej kobiecie. Jej fioletowe spojrzenie, będzie Wam długo towarzyszyć. Anya Chalotra stworzyła naprawdę świetną kreację i jestem przekonana, że wiedźminowska Yennefer będzie jej przepustką do wielu aktorskich wyzwań.


Kolejnym zaskoczeniem dla mnie był Henry Cavill. Pamiętam moment, w którym dowiedziałam się, że to właśnie on zagra Geralta. Byłam praktycznie przekonana, że z tego nic dobrego nie wyjdzie. Okazało się, że przeżyłam bardzo duże, pozytywne zaskoczenie. Wiedźmin wygląda bardzo dobrze, a jego mrukliwa osobowość została idealnie oddana. Myślę, że fakt, iż Cavill jest fanem Sapkowskiego, na pewno miało tu znaczenie.


Joey Batey mnie nie przekonał jako Jaskier i nie uwierzyłabym mu nawet w ciekawą wersję pieśni “Daj grosza Wiedźminowi”. Sama relacja między Geraltem a Jaskierem jest na swój sposób sympatyczna. Dobre, ironiczne i śmieszne dialogi robią swoje, jednak bardziej ze strony Wiedźmina niż Bateya, który jest nijaki.


Podobnie sprawa wygląda z resztą obsady. Mam wrażenie, że tak bardzo skupiono się na Yennefer, że inne kobiece role są stłamszone. Szkoda mi na pewno postaci Triss, o której w serialu można po prostu zapomnieć. Nieco lepiej wypada MyAnna Buring, która wciela się w Tissaiade de Vries czy Jodhi May jako Królowa Calanthe. Dobre wrażenie robi Adam Levy, który zmierzył się z rolą Myszowora.

Historia w serialu

Sama historia w serialu jest poprawna, chociaż wielu widów zarzuca, że jest chaotyczna i następują za duże skoki w czasie, w których ciężko połapać się, nie znając książek. Nie do końca się z tym zgodzę. Chaos na pewno jest zauważalny, ale dość szybko można domyślić się, w jakim czasie i miejscu się znajdujemy. Mam jednak inne zarzuty — przede wszystkim spłycenie wielu wątków, decyzji, przed którymi stoją bohaterowie i relacji między nimi. W tym aspekcie najtrudniej było zmierzyć się twórcom w adaptacji.
Jak na produkcje Netflixa i budżet, który serial dostał, warto było znaleźć lepszego grafika i dopilnować kilku szczegółów. Praca kamery dość mocno kuleje w pierwszych odcinkach, zbroje w niektórych ujęciach wydają się… niedokończone. Nie wspomnę o “krasnoludach” czy smoku – musiałabym się poznęcać na twórcach. Różnie bywało także przy ujęciach bitew.

Poprawność polityczna

Bałam się, jak pewne obowiązkowe w świecie popkultury, poprawności zostaną wprowadzone w serialu. Oczywiście widzimy wątki feministyczne w postaciach kobiecych, które akurat moim zdaniem bronią się same i są zdecydowanym plusem produkcji. Niestety dla odmiany, mężczyźni poza Geraltem są metroseksualni – gładcy, piękni i nijacy. Nie zabrakło również na siłę wrzuconych postaci czarnoskórych, szczególnie raził mnie Elf. Nie wspominając już o Driadach z Brokilonu, które stały się bohaterkami internetowych memów. Lauren Schmidt Hissrich, producentka serialu, nie mogła zrozumieć, dlaczego taki bunt widzów wywołuje pojawienie się czarnoskórych postaci. W jej tweetach możemy przeczytać o latach wyzysku i trudnej historii USA. I właśnie wciskanie na siłę takich postaci ma być równością i zadośćuczynieniem. A tak naprawdę to nic innego, jak kpina z materiałów źródłowych i książek Sapkowskiego. Świat Wiedźmina sam w sobie jest bardzo różnorodny, ale jednak umiejscowiony i w jakimś tam sposób powiązany ze średniowieczną Europą. Każda postać z tego świata jest idealnie i szczegółowo opisana przez autora i na tym powinnyśmy się skupić podobnie jak robili to twórcy gry komputerowej czy takich dzieł jak “Władca Pierścieni” oraz wspominana już wyżej “Gra o tron”. Historia Ameryki nie powinna mieć tu nic do rzeczy.

Słowiańskość

Owa poprawność, o której pisałam związana jest z tytułem mojego tekstu. Wiedźmin z założenia miał być uniwersalny. Miał się sprzedawać w różnych krajach, dlatego został pozbawiony wielu wartościowych rzeczy. Jeśli zapytacie mnie, co pamiętam z polskiego serialu czy gry komputerowej, od razu odpowiem “Muzyka”. W Netflix-owej wersji jest nijaka, uniwersalna, dla wszystkich. Wątki różnych europejskich mitologii są całkowicie wyeliminowane, ponoć nie byłyby atrakcyjne dla widza, który ich nie zna. Cóż za głupota. Jestem przekonana, że gdyby poza strzygą wprowadzić także inne kwestie i ubrać to w słowiańską, klimatyczną muzykę efekt byłby znacznie lepszy.

Reasumując serial oceniam pozytywnie, pewnie dlatego, że lubię takie produkcje. Podoba mi się gra i przedstawienie głównych postaci, fabuła gdzieś od czwartego odcinka wciąga i po prostu chce się go dalej oglądać. Jednak uważam, że jest to kolejna produkcja, która niewiele ma wspólnego z oryginałem, nie wyciąga tego, co najważniejsze. Zaryzykuję tezę, że osobom, które nie znają twórczości Sapkowskiego, serial podoba się zdecydowanie bardziej. Fanom niestety wiele aspektów brakuje. Cieszy mnie natomiast, że nazwisko naszego twórcy jest powtarzane w różnych krajach na świecie, że ludzie docierają do jego książek i sami mogą znaleźć tę wyjątkowość, której w serialu brakuje.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię