W dobie koronawirusa pojawiło się bardzo dużo obostrzeń, zakazów i nakazów, jednych bardziej uciążliwych, innych mniej. Sama dość mocno odczułam skutki niektórych z nich. Obostrzenia te, w swoim największym stadium rygorystyczności bardzo podzieliły ludzi. Były osoby, które przestraszone całą sytuacją wręcz nie wychodziły z domu do sklepu, inne zaś ignorowały wszystko i wszystkich, narażając tym samym społeczeństwo na rozprzestrzenianie się wirusa. Dla niektórych wirus był pretekstem, by nie przyjechać do rodziny na święta lub nie pójść do kościoła, dla innych uciążliwą przeszkodą w radosnym przeżywaniu Wielkiej Nocy. Gdy ze sklepów znikł papier toaletowy, kasza, ryż mąka i makaron, a ludzie robili wielkie wyprawy w poszukiwaniu tych produktów, by zrobić apokaliptyczne zapasy, patrzyli na mnie jak na potwora, gdy postanowiłam kupić plastikowy wkład do szuflady na sztućce. Był to chyba towar zbyt luksusowy i zbyteczny na te czasy. Największą jednak uwagę przykuła walka ludzi wierzących. Walczyli oni o Komunię Świętą.

Cała sprawa zaczęła się, gdy biskupi ogłosili, że zalecają przyjmowanie Komunii Duchowej lub „na rękę”. Sama nie jestem zwolenniczką przyjmowania Komunii „na rękę”, przez szacunek dla Jezusa obecnego w konsekrowanej hostii. Nie jest to także wcale bardziej higieniczne. Gdy przyjmujemy Komunię w sposób tradycyjny, do czynienia mamy tylko z dłońmi księdza, a gdy przyjmujemy na rękę wchodzą w ten proces dodatkowo nasze dwie dłonie. Pewien znajomy ksiądz powiedział mi niedawno „Jezus nie zaraża”. I choć wiedziałam, że mogę się w kościele zarazić, a mimo konsekracji dłoni kapłana i hostii ich materia się nie zamienia, a prawdopodobieństwo zarażenia jest zależne od naszej ostrożności podczas Mszy, to jednak dla mnie zdanie to było bardzo ważne i dodało mi otuchy, ponieważ zyskałam w kościele poczucie bezpieczeństwa. Przypomniałam sobie o tym, że Jezus nie chce mnie zarazić, ani nie chce On mojej choroby. Sprawiło to, że teraz nigdzie nie czuję się tak bezpiecznie i spokojnie, jak w kościele. W kościele mogę się zarazić tak, jak w sklepie, a jest mi bardziej niezbędny do życia. Coś jednak sprawiło, że przestraszyłam się ludzi wierzących i bynajmniej nie boję się ich ze względu na wirusa. Przeraża mnie myśl, że podchodzą do Komunii z myślą „pokażę im wszystkim, jak przyjmuję Komunię do buzi, w pięty im pójdzie.” Oczywiście nie czytam w ludzkich myślach, jednak czytam posty na facebooku. I uważam za niedopuszczalną dla człowieka wiary taką postawę podczas przyjmowania Komunii. Idzie się do Niej tylko i wyłącznie z pragnienia bliskiego obcowania z Jezusem. Za nieprzyjęcie Jej nie idzie się do piekła, jak mniemam. Jest obowiązek przystąpienia do Komunii raz w roku w okresie Wielkanocnym. Oznacza to, że jeśli ktoś nie ma wewnętrznej potrzeby obcowania z Jezusem, a do ołtarza podchodzi tylko po to, by „wszystkim pokazać”, to lepiej by było, gdyby sobie odpuścił, bo grzeszy wtedy w trakcie przyjmowania Jezusa do serca.

Wiem, że znajdzie się pewnie sporo osób, które oburzą się na moje słowa i będzie tłumaczyło swój czyn „dawaniem świadectwa”. I jeśli ktoś swoją postawą faktycznie z czystą intencją chce dać świadectwo bez zuchwalstwa, nie czyni źle. Dodaje wtedy otuchy ludziom, którzy być może boją się podejść do Komunii. My im wtedy naszym czynem mówimy „Nie bójcie się. Żyjcie dalej. Jezus nas nie zarazi.” Niech jednak każdy z nas odpowie sobie na pytanie, czy nie robimy tego po to, by ocenić innych, by pokazać swoją wyższość. Powinniśmy też zastanowić się nad tym, w jaki sposób to przemyślenie nie straci na aktualności, gdy pandemia minie. Mam wrażenie, że jako ludzie idei, mamy tę tendencję do pokazywania innym, jak bardzo szlachetni i odważni jesteśmy. I oczywiście tacy jesteśmy, nie można zaprzeczyć. Jednak nie po to tacy jesteśmy, by móc dzięki temu oceniać, jacy są inni. Że tchórzą, że są leniwi, że grzeszą, nie mają szacunku do Komunii, brudzą Jezusa i mają za mało wiary, by przyjść na Mszę. Bo właśnie my grzeszymy – tak myśląc. Teologiczne pytanie, na które chyba nie znajdę tak szybko odpowiedzi, brzmi, kto grzeszy ciężej? Chyba po prostu ci, którzy są silniejsi, ale im się nie chce walczyć. Znaczy w tej sytuacji chyba ci, którzy mają odwagę podejść do Komunii, a więc są ludźmi wielkiej wiary, ale nie chce im się na tyle walczyć z grzechem, by powstrzymać swoje zuchwalstwo i ocenianie innych.

Intencje to coś, co odróżnia od siebie czasem z pozoru takie same czyny. Czasem obserwuję „facebookowych obrońców życia”, którzy nigdy w prawdziwym życiu nie obronili żadnego życia. W czasie, gdy ich rodzina siedzi sama w świątecznej atmosferze, a oni toczą bój na facebooku z feministkami. Czy ratują tym jakieś życie? Raczej nie. Czy kogoś przekonają do niezabijania dziecka swoimi komentarzami na portalu społecznościowym? Raczej nie. Czy kogoś tym krzywdzą? Tak. Rodzinę, z którą mogliby ten czas jakoś wspólnie przeżyć. Znam takie osoby, które są one najgłośniejsze w tego typu dyskusjach, ale nigdy nie zebrały ani jednego podpisu pod ustawą mającą chronić życie. Nie spędzają czasu ze swoją rodziną, a do tego „najhuczniej” przyjmują Komunię „do ust” i najbardziej oburzają się na ludzi, którzy boją się przyjść do kościoła. To jest ochrona życia oraz odwaga w wierze na miarę tych chorych czasów. My to po prostu lubimy to robić. Lubimy pokazywać, że jesteśmy lepsi, że wiemy lepiej. A więc, gdybyśmy mieli dostać kolejne przykazania, dostalibyśmy jedno nowe: XI Nie oceniaj.

1 KOMENTARZ

  1. Ja tam nie oceniam kto więcej grzeszy. Prawdę mówiąc to w sprawach, związanych z pozbawieniem życia, które są związane z walka polityczną, nie wiem, kiedy jest grzech? Wprawdzie póki, co jeszcze nie zabiłem np. policjanta, który by mnie chciał aresztować z przyczyn politycznych, ale nie ukrywam, że mogę to zrobić. A czy to jest grzech, to nie wiem. W każdym razie nie uważam się za lepszego od innych. Natomiast, co do tego cytatu: “a mimo konsekracji dłoni kapłana i hostii ich materia się nie zamienia”. Oczywiście, że dłonie kapłana nie zmieniają się i mogą być podatne na wirusy. Natomiast Hostia – nie. Przecież są cuda, kiedy Hostia zamienia się w kawałek Serca Chrystusa. Chrystus po Zmartwychwastaniu nie może podlegać śmierci ani chorobom. Podatność na choroby to skutek grzechu pierworodnego i innych grzechów. Chrystus nie miał własnego grzechu ale wziął na siebie wszystkie grzechy, dlatego podlegał śmierci i pewnie w tym czasie również chorobom. Ale przy Zmartwychwstaniu wszystko to pokonał i odtąd Jego Ciało i Krew nie mogą podlegać skażeniu. A dłonie kapłana, to oczywiście, że mogą. W ogóle nie należy przyrównywać ciała kapłanów (wśród których znajdują się też przecież i homoseksualiści i pedofile) do Ciała Chrystusa.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię