Newsletter subscribe

Społeczeństwo

Tomasz Dorosz: O co chodzi z tym powstaniem?

Posted: 3 sierpnia 2016 o 20:00   /   by   /   comments (0)

Właściwie nie tylko o Powstanie warszawskie tutaj chodzi. Sprawa jest o wiele rozleglejsza i poważniejsza. Zastanawia mnie proces myślowy pewnej, niestety ciągle sporej, grupy mieszkańców naszego kraju, którą moglibyśmy bardzo ogólnie określić, posługując się językiem bliskim każdemu polskiemu działaczowi narodowemu: „demoliberalną elitą”. Chodzi o „siły postępu”: działaczy „demokratycznych”, „nowoczesnych”, tych razem czy tych osobno, etatowych naukowców, politologów, socjologów, historyków, czy też, jak w przypadku Powstania warszawskiego, kombatantów. Na czele tego wszystkiego, co często określamy mianem „systemu”, na który nie mają wpływu żadne „demokratyczne wybory” (co nie znaczy, że bronię tutaj czy wspieram Prawo i Sprawiedliwość), stoją oczywiście media. Media, które albo nie są w rękach polskiego kapitału, lub pod przykrywką „polskiego” kapitału są w rzeczywistości jedynie polskojęzyczne, lecz w duchu i przekazie polskie na pewno nie są. To właśnie zryw mieszkańców Warszawy z 1944 roku i towarzysząca rocznicom tego wydarzenia atmosfera, najlepiej nadaje się do przedstawienia problemu, który mnie interesuje, i którym chciałbym zainteresować drogich Czytelników tego artykułu, nie ważne z której „strony” tutaj przybyli. Podobnych tematów, a konkretniej pisząc „dowodów” na obłudę i hipokryzję wyżej przedstawionego „systemu” czy „ideowej lewicy”, jest oczywiście wiele. Temat powstania jest jednak obecnie, rzecz jasna, najbardziej aktualny.

Kiedy zbliża się 1 sierpnia, a więc kolejna rocznica wybuchu Powstania warszawskiego, wszystkie nowoczesne platformy, lewice, postępowe media, na czele oczywiście z niezawodną Gazetą Wyborczą oraz TVN-em, zaczynają w końcu mówić ludzkim głosem. Nagle słychać i widać płynące od nich przesłanie, które jest tak bardzo inne od codziennej papki serwowanej słuchaczom, czytelnikom czy widzom. Nagle stajemy się obserwatorami cudownej przemiany. Przez kilka dni słyszymy o walczącej Polsce, dowiadujemy się o wspaniałości i sile polskiego patriotyzmu, liczy się młodość, oddanie i poświęcenie, walka o jedność narodu. Ta dawana, z 1944 roku oczywiście. Co się jednak za tym kryje? Zwyczajni politycy, ci bardziej i mniej znani, oczywiście muszą być „patriotami”, przynajmniej kilka razy w roku. W tych parę szczególnych dni w kalendarzu muszą się modlić, klękać, składać kwiaty, mówić o Polsce i narodzie. To oczywisty efekt tego, że reprezentują oni coś, co określić można mianem „zawodu polityk”. Nawet najzwyklejszy, najbardziej odległy od politycznych salonów Polak, ma wewnętrznie zakodowany patriotyzm i dumę narodową. Polityk, nawet ten najbardziej „europejski” czy lewicowy, musi o tym pamiętać. I pamięta, będąc żywotnie zainteresowanym procentowymi słupkami poparcia dla jego formacji politycznej, zatrwożony perspektywą zakończenia swej politycznej kariery. Dzięki temu możemy właśnie obserwować zjawiska takie jak obecność na ważnych Mszach Świętych tych ludzi, którzy na co dzień chociażby głoszą konieczność legalizacji aborcji. Koncert bezideowości i hipokryzji. Największe plugastwo liberalnej demokracji, bożka wszelkich mętów, złodziei i partyjniaków.

Dla praktycznie żadnego z nich patriotyzm czy myśl narodowa nie jest ideą, codziennym drogowskazem i celem pracy oraz politycznej działalności. Kiedy 11 listopada, 3 maja czy 1 sierpnia dobiegają końca, stają się na nowo „obywatelscy” w interesie Brukseli czy Berlina, „nowocześni” w interesie banków i kapitalizmu, czy łączą się w grupy, będąc „razem” w interesie wszelkich możliwych mniejszości i dziwolągów, byle nie w interesie zwykłych Polaków i milczącej większości, a więc narodu właśnie. Wielu z nich szczerze nie dostrzega w tym żadnych sprzeczności, a przynajmniej tak się może wydawać. Podobnie funkcjonują media. Naszym ulubionym przykładem jest oczywiście Gazeta Wyborcza, każdego dnia tropiąca wszelki przejaw dumy narodowej Polaków, nacjonalizmu i idei narodowej. Każdego dnia słyszymy i czytamy, że „wszystko zmierza w złym kierunku”: młodzi na nowo się modlą i chodzą do Kościoła, a w nim, zamiast pompowanych Sów i Lemańskich, zwyczajnie i oddolnie pojawiają się tacy, jak np. ks. Jacek Międlar; młodzi coraz mocniej czują się Polakami, a nie „Europejczykami”; coraz częściej wstępują do organizacji narodowych, czytają, uczą się, a co szczególnie obrzydliwe – ciągle łażą po ulicach w patriotycznych czy nacjonalistycznych koszulkach, obwieszeni wizerunkami Żołnierzy Wyklętych czy niepoprawnie polityczną symboliką. Powyższe zjawiska, na czele np. z dziesiątkami tysięcy młodzieży narodowej na Marszach Niepodległości czy równymi szeregami ONR-owców na ulicach polskich miast, spowodowały, że nie usłyszymy już, że „Patriotyzm jest jak faszyzm”, albo że powstańcy byli głupi, naiwni, że wykorzystywali dzieci. Dowiemy się za to, że Powstanie warszawskie czy Armia Krajowa to oni, tak dobrzy i kochający polskość i wolność! Usłyszymy, że zawłaszczyć to chcą krwiożerczy faszyści z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej.

Dlaczego tak się dzieje? W pewnym momencie, jakiś czas temu, „wykształceni z wielkich miast”, różne krytycznie politycznie grupki demokratów, lub też mniej czy bardziej salonowej lewicy spostrzegły, że przegrały walkę o tożsamość i historię z „prawicą”, w której mieści się i PiS, i IPN, no i rzecz jasna narodowcy, ten „hodowany pisowski Jobbik”. Grupy te, do tej pory zajęte były przeintelektualizowanym gadaniem (chociaż, według mnie, przydałoby się tutaj jeszcze mniej poetyckie określenie) o genderach, feminizmach czy aborcjach (które zwyczajni ludzie szczęśliwie mają głęboko w czterech literach), gdyż wyobrażały sobie, że idą wzorem „Pokolenia 1968 roku” i myślą Antonio Gramsciego oraz Rudiego Dutschke, w czym masy nie są potrzebne. W przeciwieństwie do starej lewicy, oni tymi masami właściwie gardzą. Zorientowali się w swoim błędzie, chociaż oczywiście nie do końca. Nie pojmują oni tego, że obok ich wymyślonych nauk i doktryn, całego tego kulturowego marksizmu, inżynierii społecznej i „marszu przez instytucje”, istnieje coś takiego jak narody. Że są one różne i tego, co funkcjonuje we Francji czy w Niemczech, nie da się ot tak przełożyć na warunki polskie. Każdy naród jest inny. A swoją drogą – niby z jakiej racji Michniki, Blumsztajny czy Kuronie miałyby się znać na charakterze polskiego narodu? Naród, a więc pokolenia minione, obecne i przyszłe, to przede wszystkim „duch”, a nie dowód osobisty czy obywatelstwo. Kiedy oni zajęci byli uniwersytetami, miejskimi inicjatywami i ekologiczną żywnością, narodowcy zajęli się opuszczonymi przez lewicę masami, a przede wszystkim młodzieżą. To było dla nas, narodowców, oczywiste. Wszak taka postawa wynika z naszej narodowej idei, sami też jesteśmy młodzi i z tych mas pochodzimy.

Z tego powodu właśnie odbył się aż tak wielki ryk tej bandy w związku z Marszem Powstania Warszawskiego, którego organizatorem jest Obóz Narodowo-Radykalny. Z publikacji i wypowiedzi „dziennikarzy” i ich nadwornych „specjalistów” można odnieść wrażenie, że bezczelni ONR-owcy nagle wpadli na pomysł organizacji takiego marszu. A warto zaznaczyć, że ulicami stolicy 1 sierpnia przeszła już piąta edycja marszu, co jest tylko kolejnym z tysięcy dowodów wspomnianej wcześniej pracy u podstaw. Pomimo pewnych manipulacji i wprowadzania pewnej atmosfery, odbiera się nam, ONR-owcom, a także ogólnie narodowcom, prawa do organizacji tego marszu czy nawet wręcz czczenia pamięci warszawskich powstańców. Jest to oczywiście zaplanowane, a ponieważ nasi lewicowcy robią wszystko idąc śladami swoich zachodnioeuropejskich towarzyszy, cały ich propagandowy wysiłek skierowany jest na wmówienie szaremu Polakowi, że „narodowcy to faszyści”, a więc jeśli czcić mają rocznicę wybuchu powstania, to winni raczej maszerować w imieniu nazistów, SS i czego tam jeszcze. Wykorzystują do tego to, czego narodowcy i polskie masy nie mają – pieniądze, media i tworzoną przez nie presje, pod którą ugina się niekiedy nawet wielki Kościół katolicki, jak przy sprawie ks. Międlara. Nie mam zamiaru po raz milionowy tłumaczyć, że z żadnym nazizmem polska idea narodowa nie ma nic wspólnego, że każdy naród różni się od siebie, a co za tym idzie – nacjonalizmy również. Ten, kto zrównuje polską idee narodową, prawie że jedyny europejski nacjonalizm, który nie zhańbił się kolaboracją z Hitlerem, jest po prostu imbecylem lub w najlepszym wypadku zmanipulowanym przez politycznych propagandzistów głupcem. To po pierwsze.

Po drugie: mimo, że obóz narodowy najbardziej krytycznie podchodził do pomysłu zbrojnego powstania, przeczuwając porażkę i śmierć niewinnych cywili, w Powstaniu warszawskim, spełniając swój polski i żołnierski obowiązek, udział wzięło kilka tysięcy narodowców oraz parę jednostek Narodowych Sił Zbrojnych. Tych samych, które powstały dwa lata wcześniej z połączenia niescalonej z Armią Krajową części Narodowej Organizacji Wojskowej, będącej siłą militarną Stronnictwa Narodowego, a więc największego przedwojennego ugrupowania politycznego, ze Związkiem Jaszczurczym, wojskową emanacją Obozu Narodowo-Radykalnego. Wystarczy wspomnieć chociażby o Brygadzie Dyspozycyjno-Zmotoryzowanej „Koło”, Zgrupowaniu „Chrobry II” wraz z Kompanią „Warszawianka” (w niej walczył słynny Witold Pilecki, który ostatnio również stał się ofiarą pseudohistorycznej walki z narodowcami) czy Pułku „Sikora”. Na barykadach powstania czytano „Wielką Polskę” czy oenerowski „Szaniec”. Długo by wymieniać, przedstawiać, wyliczać. Artykuł ten nie ma na jednak na celu historycznego i szczegółowego opisu udziału narodowców w powstaniu. Napisano o tym tysiące stron artykułów czy książek, takich jak np. publikacja p. Sebastiana Bojemskiego, pt. „Narodowe Siły Zbrojne w Powstaniu Warszawskim (1 VIII – 2 X 1944)”. Są to jednak ważne argumenty w temacie organizacji przez ONR tego marszu. Mamy do tego prawo, a wręcz moralny obowiązek. W szczególności dlatego, że przez dziesięciolecia o udziale NSZ w powstaniu nie mówiono. Idea narodowa była najpopularniejszą ideą w przedwojennej Polsce, obóz narodowy największym ruchem, a Warszawa była jednym z bastionów polskiej młodzieży narodowej. Naszym celem jest przypomnienie o tym i zrobienie wszystkiego co w naszej mocy, aby taki stan rzeczy, stan rzeczy właściwy – przywrócić. Z tego właśnie względu „prawa” do tego marszu się nam odmawia. Na szczęście bardzo nieskutecznie!

Po trzecie, co też ważne, wbrew pozorom i oskarżeń o totalitaryzm, to nie my odmawiamy komukolwiek prawa do czczenia pamięci powstańców. Oczywiście, zastanawiamy się nad uczciwością tego czczenia, albo otwarcie wykazujemy hipokryzję i obłudę naszych adwersarzy, ale to nie my zabraniamy komuś marszu. Mógłbym dalej ciągnąć ten wątek, sytuując się po stronie pluralizmu i demokratycznej wolności słowa. Jednak nie chcę. W zasadzie powinniśmy zabraniać! Nie bronić się, tłumaczyć dlaczego możemy kogoś czcić lub coś organizować – tylko atakować! Bo czczenie pamięci tych, dla których walka w Powstaniu warszawskim była tylko (tak, tylko!) walką z „faszyzmem”, a nie po prostu walką z okupantem, kimkolwiek by on nie był i jakich doktryn by się nie imał, a później wskazywali drogę w ruinach przyglądającym się przez 63 dni agonii miasta, czym ułatwili utratę nadziei na Polskę nie tylko bez Niemców, ale i bez komunistów, powinno być dla nas czymś obrzydliwym. Powstanie warszawskie nie było „wojną z faszyzmem”, a wojną z wrogiem Polski, wrogiem naszej niepodległości i wolności. Polskimi, narodowymi Bohaterami są ci, którzy walczyli w powstaniu, a potem cierpieli za to w komunistycznych, stalinowskich więzieniach, bądź walczyli dalej w lasach z drugim okupantem, podczas drugiej konspiracji. Ci, którzy walczyli z „faszyzmem”, a potem utrwalali „władzę ludową” pod sztandarami PPR, UB, KBW czy w następnych latach PZPR i SB, może i wykazali się w walce z Niemcami (czy jak to oni wolą – „nazistami” czy „faszystami”), jednak wobec Polski i narodu polskiego, a także wobec wielu kolegów z barykad, okazali się nikim innym, jak zdrajcami i kolaborantami.

Ci, którzy z powstańczej Warszawy chcą zrobić jakąś polską wersję „republikańskiej” (komunistycznej i anarchistycznej) Barcelony z czasów hiszpańskiej wojny domowej, są dla nas wrogiem prawdziwie wolnej i niepodległej, narodowej Polski, a przede wszystkim umysłowymi baranami. Są częścią tego walca kulturowego marksizmu, który działa pod szyldem Gazety Wyborczej, Krytyki Politycznej czy np. Partii Razem. Szkoda, że argumentem do ręki tych umysłowych bandytów, w opisanej przeze mnie wcześniej “historycznej” rozprawie z narodowcami, stała się grafika z Leonem Degrelle jednego z działaczy ONR. Grają oni na uczuciach zwykłych ludzi, którzy widzą w nim po prostu jednego z hitlerowców. Z jednej strony jest to całkowicie zrozumiałe. Tylko że mit, jakoby podczas II wojny światowej odbywała się walka „dobrych” z „faszyzmem” chyba nikogo nie przekonuje. Nie jest moją intencją tłumaczenie postawy i wyborów Leona Degrelle w czasie wojny, gdyż jako Polak ich nie popieram, podobnie jak każdy działacz ONR. Wspomnę tylko, że w historii walońskiego ruchu Christus Rex czy degrellowskich Płonących Duszach nie widzę niczego złego czy sprzecznego z polskością. Leon Degrelle walczył w „krucjacie przeciwko bolszewizmowi” tak samo, jak tysiące Francuzów, Hiszpanów, Węgrów czy przedstawicieli innych europejskich narodów. Tak, jak napisałem wcześniej, każdy naród różni się od siebie. Inne są więc nie tylko narody, nacjonalizmy, ale też historie i oceny sytuacji. Trudno, żeby Walonowie mieli mieć takie same uczucia względem Niemców, jak Polacy, którzy skazani byli na eksterminację lub rolę taniej siły roboczej. Polscy antykomuniści nie pojechali na front wschodni wraz z Wehrmachtem czy SS, ale walczyli z Niemcami jako okupantem, wrogiem naszej niepodległości, czego chyba tak do końca wszelkiej maści lewica nie jest w stanie „ogarnąć”, a dla nas, i dla naszego nacjonalizmu, jest powodem do dumy!

Tomasz Dorosz

Comments (0)

write a comment

Comment
Name E-mail Website