Alexis de Tocqueville w swoim kanonicznym dziele O demokracji w Ameryce znaczący fragment poświęca stosunku hierarchii kościelnej do tendencji rewolucyjnych w XVIII wieku. Wybitny ów myśliciel stwierdził, iż w momencie, gdy masy poszukując swobód społecznych i obywatelskich, posunęły się do kontestacji dotychczasowego systemu sprawowania władzy, Kościół miast uświęcić to dążenie (zgodne wszak z duchem Ewangelii) i zadbać, aby praca na rzecz wolności osobistej i sprawiedliwości społecznej zawsze opierała się na fundamencie moralności katolickiej, dokonał jednoznacznej afirmacji rozwiązań dotychczasowych z wszystkimi ich wadami i zaletami, jednocześnie potępiając wszelkie prądy nowinkarskie. Ówczesna hierarchia tak silnie związała się ze światem doczesnym, że zatraciła umiejętność jego odnowy w Chrystusie.

W rezultacie nowożytni poszukiwacze wolności patrzyli na chrześcijaństwo jak na przeszkodę w dążeniach, element reakcyjny i wiecznie zacofany. Byłaby to więc jedna z przyczyn, dla których wszystkie późniejsze rewolucje przyjmowały antyklerykalny charakter. Tragizm dziejów Europy w ostatnich stuleciach wg de Tocqueville’a polega na tym, iż w kluczowym momencie Kościół stanął po niewłaściwej stronie barykady.

Podobna analogia zachodzi w przypadku reformacji – Kościół zbyt przywiązany do świata i uciech doczesnych nie zdobył się na wyciągnięcie wniosków w odpowiednim czasie. Nuncjusz apostolski Giovanni Commendone napisał wówczas o Polakach nie bez sarkazmu, że mają takich biskupów, na jakich zasłużyli. Kontrreformacja była reakcją spóźnioną.
Czy dziś sytuacja się powtarza? Gołym okiem daje się stwierdzić, iż młode pokolenie Polaków źródła swej tożsamości upatruje w coraz większym stopniu w wartościach, które niesie wiara i wspólnota narodowa. Czymże zgubnym miałoby być umiłowanie Narodu, nawet jeśli nadać mu miano nacjonalizmu? Jak powiada ks. Roman Kneblewski, patriotyzm i nacjonalizm mają charakter komplementarny wobec siebie, a zatem jednoznacznie pochlebny. Fundamentem obydwu uczuć jest miłość – nie zaś nienawiść. Z tym że w pierwszym przypadku jej przedmiotem jest ojczyzna (Patria) a w drugim właśnie naród (Natio).

Boli ugodowa postawa wobec doczesności. Boli, gdy hierarchowie kościelni – będący dla nas autorytetem w kwestiach wiary, swój stosunek do idei narodowej formułują na podstawie kłamliwej propagandy wrogów, tak Kościoła, jak i tejże idei. Środowiska antyklerykalne święcą triumfy – nie dość, że poddany presji Kościół okazuje uległość, ale również dlatego, że udaje im się wbić klin pomiędzy pasterzy i owczarnię.

Można dyskutować o tym, co chcą osiągnąć biskupi, sankcjonując charyzmatycznego, przepełnionego Bożym zapałem duszpasterza. Jeżeli chcą, aby Kościół w Polsce nigdy już nie doczekał się przywódcy na miarę Prymasa Tysiąclecia czy św. Jana Pawła II, zdaje się, że są na dobrej drodze. Dziś do seminariów znacznie częściej niż „Boży Gwałtownicy” trafiają ludzie bezbarwni, bardziej z braku pomysłu na życie niż z powołania.

Gołym okiem daje się zauważyć, że Kościół nie ma zbyt bogatej oferty dla pełnokrwistych, przebojowych charakterów. A przecież wystarczy tylko otworzyć Ewangelię! „Nie przyszedłem nieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34). „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart” (Mt 10,37). „Królestwo Boże doznaje gwałtu i tylko gwałtownicy mogą je zdobyć” (Mt 11,12) Chrystus nie był potulnym słabeuszem, lecz twardym mężczyzną, nieraz porywczym!
Problem z upowszechnianiem nauczania Kościoła nie polega na anachroniczności głoszonych nauk, jakby chcieli niektórzy, lecz na rozmyciu przekazu i konformizmie, na wyparciu treści najbardziej radykalnych, choć zgodnych z doktryną, jak w przypadku ks. Międlara.

Ludzi dużego formatu nie przyciągniemy do Kościoła maskowaniem niepoprawnych politycznie elementów katechizmu, lecz Słowem – ostrym jak miecz i drogocennym jak złoto. Nie przyciągniemy ich piętnowaniem duszpasterzy dających przykład gorliwości, lecz umacnianiem w nich zapału.

Bardzo popularna współcześnie jest postać św. Franciszka z Asyżu, lecz częstokroć ukazuje się go jako średniowiecznego „parahipisa”. Ma być on wzorem prostoty i ubóstwa. Rzadko się jednak wspomina, że powiedział „moje ubóstwo kończy się u stóp ołtarza” , sakramenty sprawując przy użyciu jak najbardziej ozdobnych paramentów. Bóg jest bowiem źródłem wszelkiego piękna. Biedaczynę z Asyżu czyni się patronem dialogu międzyreligijnego i ekumenizmu. Jak on sam rozumiał te sformułowania, dał przykład, zagrzewając rycerzy do udziału w piątej krucjacie i usiłując nawrócić egipskiego sułtana. Pamiętał bowiem, że naszym podstawowym obowiązkiem wobec wyznawców judaizmu, islamu, prawosławnych, protestantów itp. jest głoszenie im Dobrej Nowiny o Zmartwychwstaniu. Nullam salutem extra ecclesiam!
Współczesny świat nie toleruje silnych charakterów. Dominuje wizerunek bezbarwnego przyjemniaczka, który bez szemrania dostroi się do oczekiwań. Demokracja przyzwyczaja, iż wszelkie zasady mogą być przedmiotem uzgodnienia. Czy z prawdami wiary jest podobnie? Jak można pogodzić skrajnie nieegalitarny przekaz wiary z egalitaryzmem współczesności. A przecież „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18,36).

Sposób, w jaki został potraktowany ks. Jacek Międlar, budzi poczucie niesprawiedliwości i rodzi szereg pytań. Gdy niedawno feministki urządzały w świątyniach swoje heppeningi, reakcja hierarchii była niezwykle stonowana – wszak do kościoła mają prawo przyjść wszyscy. A co z działaczami Obozu Narodowo – Radykalnego? Dlaczego, jako praktykujący katolicy są piętnowani znacznie dotkliwiej, niż niewierzące feministki za dużo cięższe przewinienia? Pamiętamy, jak w ubiegłym roku grupka kapłanów na przekór biskupom odprawiła mszę dziękczynną za prezydenturę Bronisława Komorowskiego (który podejmował inicjatywy jednoznacznie sprzeczne z nauczaniem Kościoła); w homilii padły słowa jawnie buntownicze względem episkopatu. Owych kapłanów nie spotkały żadne konsekwencje. Czy dlatego, że mieli po swej stronie potężną machinę medialną?

W swym oświadczeniu kuria białostocka odwołuje się do apartyjności. Problem w tym, że volens nolens opowiedziała się po jednej ze stron. Ksiądz Jacek Międlar został niesprawiedliwie ukarany, zaś my, działacze Obozu Narodowo-Radykalnego czujemy się skrzywdzeni. Z naszych ust może będą padać gorzkie i niepochlebne słowa na temat sytuacji Kościoła w Polsce. Zawsze jednak będą to słowa dzieci zatroskanych o Matkę, która podupada na zdrowiu.

Ultima Ratio

1 KOMENTARZ

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię