Padającym często w niektórych parafiach z ambony żartem na zakończenie obrzędu święcenia pokarmów w Wielką Sobotę jest rzucane przez księdza „Do zobaczenia za rok”, zamiast zwyczajowego „Z Bogiem”. Bo i smutna prawda jest najczęściej taka, że lud wierny stojący z koszyczkami swej wierności Kościołowi nie dochowuje przez resztę roku. Szczytem zaś absurdu jest to, że w dniu, którego uroczystości Wigilii Paschalnej są najpiękniejszą liturgią w roku, przeciętny katolik swój udział w świętowaniu ogranicza do spaceru ze święconką.

W wieczornych obrzędach podczas liturgii słowa przypominamy sobie przede wszystkim chwałę Boga, która odznaczała się w Jego historii trwania z człowiekiem. W tekstach Starego Testamentu widzimy Boga jako Stwórcę, wiernego opiekuna, potężnego obrońcę. Kontrast z obchodami dnia wczorajszego jest wyraźny i ewidentnie sugeruje nadchodzącą zmianę. Pytanie, jakie należy sobie postawić, to czy na zmianę oczekujemy? Czy jest ona dla nas czymś realnym, rewolucyjnym? Irytację niezmiennie wywołują u mnie życzenia „spokojnych świąt”; jeśli mają być spokojne, niechże nie będzie ich wcale – święta mają być dla nas przełomem!
Czy Bóg nam nie spowszedniał? Czy widzimy w swoim życiu potrzebę Jego interwencji? Czy robimy dla Niego miejsce – nie tylko w swoim życiu duchowym, ale w jego całości; wyznawanych przez nas ideach, osobistych sądach, codziennym postępowaniu? Wreszcie – czy dla nas, jako narodowców, Bóg jest nadal istotny?
A gdy nadejdzie Jego zwycięstwo, Jego zmartwychwstanie – czy będzie ono i naszym udziałem? Czy duchowo powstaniemy z martwoty rutyny i odrętwienia? Czy zwyciężający śmierć Zbawiciel jest Kimś, kogo potrzebujemy – również jako nacjonaliści?
„To wiedzcie, że dla zniszczenia ciała grzesznego dawny nasz człowiek został z Nim współukrzyżowany po to, byśmy już dłużej nie byli w niewoli grzechu. Kto bowiem umarł, został wyzwolony z grzechu.” – w Liście do Rzymian św. Paweł głosi nowinę o ziemskim zmartwychwstaniu; Każdy, kto kończy swe dawne życie, życie w grzechu, bez Boga i jego zbawiennej łaski, umiera dla zła i ożywa dla Jezusa, nie mając już wspólnoty z dawnym życiem. Chrystus jako Wyzwoliciel; czy chcemy być przez niego uwolnieni?

Czy widzimy zadanie, jakie zostawia nam Zmartwychwstały? Mamy działać z całych sił, i swym priorytetem uczynić to, by uwolnić swoje życie od zła. Jeśli sami nie będziemy do tego dążyć, to hipokryzją będzie widzenie w swej działalności społecznej misji uwolnienia najbliższego świata. Jeśli nie będziemy w stanie samemu tej wolności osiągnąć w swoim życiu, to nie zaniesiemy jej nikomu innemu. A czymże innym jest wolność, jeśli nie Chrystusem?

Treścią nacjonalizmu jest dbałość o swój naród, jego historię, aktualne interesy i dobrą przyszłość. Bóg mówi nam jednak jasno, że nie ma żadnego dobra bez Niego i poza Nim. Wierzymy w to? Jako Chrześcijanie zdecydowanie powinniśmy. Żyjemy tym? Jako aktywiści – musimy. Nim nowina o jedynym Bogu dotarła między narody był On wierny swemu narodowi wybranemu. Przymierze, którego dokonanie się wspominamy w tych dniach, niesie obietnicę zbawienia wszystkim bez wyjątku. Zaniesienie tej obietnicy ludziom należy do nas jako do katolików. A skoro służba swemu narodowi obowiązuje nas jako narodowców, prostym wnioskiem jest to, że największym wymiarem naszej służby winno być przybliżanie ludzi do Chrystusa. Bądźmy takimi narodowcami, w treści działalności których nie będzie sprzeczności z naukami Boga. Bądźmy takimi wiernymi, w których wierze będzie wybijać się posłannictwo do służby bliźnim – rodzinom, sąsiadom, rodakom. Bądźmy prawdziwymi rycerzami Chrystusa, który nie widnieje tylko na sztandarach, ale przede wszystkim mieszka w sercach i wyznacza kierunki idei. Bo z Nim nie zbłądzimy, z Nim nie przegramy, z Nim nie pomrzemy. Niech ta treść będzie jedyną, z jaką oczekiwać będziemy Jego powrotu – tej nocy i każdej kolejnej.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię