Liturgia Wieczerzy Pańskiej otwierająca obchody Triduum Paschalnego wprowadza nas do wydarzeń, które dla każdego Chrześcijanina winny być odnośnikiem, wobec którego ocenia swoje życie; Misterium, które określa nasze pochodzenie, ale i zadanie do wykonania na ziemi. Za oczywisty zwykle przyjmujemy ściśle chrześcijański i katolicki charakter narodowego radykalizmu, często jednak brakuje nam czasu, woli czy też uwagi niezbędnych do rozpatrzenia treści naszej wiary w stosunku do treści naszej idei. A musimy mieć świadomość, że bez chrześcijaństwa jako drogowskazu nacjonalizm, który jest naszą drogą, może bardzo tragicznie błądzić. Przyczyną tych rozważań było pytanie: co narodowiec musi wynieść z najważniejszych świąt wiary Chrystusowej?

Wiara, jak nas Kościół uczy, jest łaską, toteż niechęć wobec wciąż poszukujących Chrystusa nie może cechować narodowca; pytanie jednak, jak bardzo Go poszukujemy? I Ci, deklarujący się jako wierzący, oraz Ci spośród nas, którzy w życiu Kościoła nie uczestniczą. Znaleźć Boga możemy Eucharystii, którą dziś sam Bóg ustanawia. I o ile osobiste doświadczenie Najwyższego pozostaje domeną intymności i osobistego uduchowienia, to treść, która płynie z dzisiejszego święta, pozostaje wspólna.

Musimy mieć świadomość, że wszystkie części dzisiejszej liturgii – zapowiedź Paschy; zapowiedź męki i zwycięstwa, umywanie nóg apostołom, zdrada Judasza i wreszcie ustanowienie Eucharystii – muszą Chrześcijaninowi swym symbolem zapaść głęboko w świadomość. Dodając jednak swój komentarz, śmiem twierdzić, że narodowcowi winny zapaść szczególnie mocno i trwale.

Czymże jest zapowiedź męki i zwycięstwa Chrystusa jak nie przestrogą i jednocześnie pokrzepieniem w walce o Królestwo Niebieskie? Czy w ogóle będąc nacjonalistami mamy świadomość, że to właśnie Królestwo, a nie żadne ziemskie, winno być naszym celem i ideałem? Gdy z oczu stracimy ideał Chrystusowy, nasze własne ideały zaprowadzić nas mogą na najodleglejsze manowce. Czy wobec każdych, mniej lub bardziej śmiałych kierunków ideowych stosujemy kryterium zgodności z nauką Kościoła? Czy w pysze, której ulegamy wszyscy, nie śmiemy się tej nauce przeciwstawiać lub ją ignorować? Jedynie, gdy za opokę i podstawę weźmiemy Chrystusa, zwycięstwo będzie naszą obietnicą.

Czy pozwalamy Jezusowi umywać sobie nogi? Czy wzięty na sztandary nie zastygł w żadnej pozie, będąc jedynie pretekstem lub dodatkiem do idei, zamiast jej treścią? Chrystus mówi dziś do Piotra: „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną”. Można nieraz odnieść wrażenie, że wśród nacjonalistów Piotrowa postawa jest bardzo powszechna; Iluż z nas w swoim otoczeniu deklaruje się posłusznym Bogu, a gdy nikt nie patrzy – wyrzeka się Go? Narodowiec to osoba dumna, pewna swego i zdecydowana – tak z pewnością powinno być, i jest to wzór warty wcielania w życie, jednak bez pokory i surowości wobec samego siebie duma przeradza się w butę, pewność w ośli upór, a zdecydowanie w zaślepienie – a osoba obdarzona takimi cechami przestaje być posłusznym idei chrześcijaństwa czy nacjonalizmu, tworząc własne jego wizje, często bardzo odległe od pierwowzoru, jakim dla nas jest narodowy radykalizm.

Jak widzimy Judasza? Najłatwiej zapewne byłoby powiedzieć, że „zdrajcą” idei jest ten, kto ją porzuca z powodu wygody, lenistwa, oportunizmu. Jest w tym racja, jednakże ile razy sami zdradzamy? Czy żyjemy naprawdę tym, co głosimy? Jak wreszcie traktujemy tych, którzy z różnych powodów odchodzą – gotowi jesteśmy im przebaczyć? Można nieraz odnieść wrażenie, że ten element – przebaczenie – kuleje w naszym środowisku. Lubimy jasne sytuacje, wobec czego odejście z powodu niesubordynacji, błędów, lenistwa czy innych traktujemy często zerojedynkowo. I o ile nazwanie „zdrady” czy czasem po prostu klęski byłych kolegów po imieniu bywa trafne, to co robimy z tym dalej? Nie chcę tu sugerować zmiany linii „braku drugiej szansy” wobec opuszczających organizację, bo wymaga tego po prostu dyscyplina, jednakże chciałbym zachęcić do refleksji, czy nie odbieramy owym osobom zbyt często owej drugiej szansy już jako sympatykowi, czy po prostu koledze spoza środowiska. Bo ilekroć skreślamy kogoś, tylekroć odbieramy sami sobie szansę na bycie mu wzorem, a to jest przecież sednem naszej elitarności.

I wreszcie – Kim jest dla nas Chrystus? Mistrzem? Czy mamy świadomość, że jest On Bogiem żywym, a nie sprowadzamy Go do roli bohatera – tak czy siak – mądrej i wartościowej mitologii? Czy pochylamy się przed Nim w Najświętszym Sakramencie? Czy przyjmujemy go do serca i zapraszamy do swego życia? A jeśli naprawdę w Niego wierzymy, to czy jest dla nas wzorem? Czy nie ulegamy, aby niebezpiecznej myśli, że Jezus Chrystus ze swoją nauką jest zbyt „miękki” dla nacjonalizmu? Czy Bóg wybaczający, kochający i dający się uśmiercić za zdrajców „pasuje” do naszej wizji świata? Mamy wielkiego Mistrza i od nas tylko zależy, czy pozwolimy Mu się prowadzić. Czy nasz nacjonalizm jest kompatybilny Jego nauką? Pojmowany jako słuszna kolejność powinności wobec bliskich, nasze rodziny, otoczenie i naród, jako priorytet dbałości o życie doczesne i wieczne naszych pobratymców – zdecydowanie tak. I jeśli w tym kierunku będziemy narodowy radykalizm rozwijać, to przy opiece Chrystusa nie zbłądzimy. Nie rezygnujmy z tej opieki i zapraszajmy Go, by nam przewodził; nie brakuje przecież zła, które o zaproszenie nie pyta, i zawsze prowadzi do zguby.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię