Wątpiący i przerażony; Zawiedziony i opuszczony. Takie przymioty kojarzą nam się z człowiekiem, który zrezygnował z osobistej relacji z Bogiem, a na którego nastały ciężkie czasy. I najczęściej tak właśnie jest – stworzenie, które oddala się od swego Stwórcy, szybko staje się zagubione i zrezygnowane. Jak jednak zachowuje się Bóg, od którego odwracają się ludzie? Określenia wymienione w pierwszym akapicie są jak najdalsze od zwyczajowego obrazu Boga, jaki każdy z nas ma. Są jednak w Piśmie Świętym momenty, w których nasz Bóg – wielki i potężny – jest właśnie taki, jak człowiek, który się od Niego odwraca. Najciekawsze jednak jest to, co po tych momentach następuje. A następuje coś niezwykłego.

Pierwszym momentem, który chcę przytoczyć jest znana wszystkim historia biblijnego Potopu. Jak przekazuje nam Pismo, Bóg „żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się” (Rdz 6,6). Groza wyrażona w tych kilku słowach dla chrześcijanina musi być wyraźna; oto nasz Stwórca, widząc zepsucie i grzechy swoich dzieci, żałuje ich stworzenia. Jest jak Ojciec mówiący, że żal mu chwili, w której dał życie swemu potomkowi. Wiemy, co następuje potem – katastrofa, która uśmierca wszystkich ludzi na ziemi – wszystkich, oprócz rodziny Noego. Czy bylibyśmy tymi, których Bóg przez ich wierność postanawia oszczędzić? Czy, posługując się metaforą, jesteśmy gotowi budować Arkę, która ma ocalić nasz rodzaj – i czy wierzymy, że tą Arką jest nacjonalizm?

Pan, który – jakże to przedziwne – żałuje stworzenia człowieka i wątpi w niego, daje jednak mu kolejną szansę. Szansę, do której dołącza obietnicę, że nigdy już nie ześle śmierci na swoje dzieci. Wszechmogący Bóg, który samym aktem swojej woli jest w stanie zniszczyć świat, przyrzeka, że nie skrzywdzi zwierzęcia, które w swej łaskawości obdarzył duchem i inteligencją. Czy ta obietnica nas wzrusza? Czy nie powszednieje nam poczucie bezbrzeżnego bezpieczeństwa ze strony naszego Ojca, którego gwarancja okupiona została ofiarą niemal całego gatunku ludzkiego? Druga sytuacja przedstawiająca Boga wątpiącego i przerażonego wrzuca nas już bezpośrednio w dzisiejsze uroczystości. Chrystus płacący w ogrodzie Getsemani, prowadzący jedną z ostatnich rozmów ze swym Ojcem przed złożeniem Ofiary z samego siebie, to kolejny obraz, który burzy wizję Boga wszechmogącego i niepokonanego. Podobnie zresztą jak Bóg pojmany, upokarzany, bity, męczony i w końcu zamordowany. Chrystus poniósł dziś krzyż, na którym zginął nie ze swojej winy, ale po to, by jego lud był wolny; wolny od śmierci, grzechu i piekła. Czy dajemy Mu się uwolnić? Czy bierzemy z niego przykład? Jak zaznaczyłem wczoraj, droga nacjonalisty prowadzi na manowce, jeśli za drogowskazu nie bierze Chrystusa. Czego uczy nas dziś? Nie możemy ani nie musimy już uwalniać się od piętna śmierci – zrobił to za nas i dla nas. Będąc jednak dla nas również ziemskim wzorem, uczy, że naszą powinnością będzie czasem ponieść czyiś krzyż. Naprawić czyjeś błędy. Wziąć odpowiedzialność za cudze zło. Czymże innym w naszym wykonaniu jest zjawianie się wszędzie tam, gdzie o pomoc wołają wykluczeni przez dzisiejszy system? Czym, jeśli nie usuwaniem skutków cudzych pomyłek są nasze akcje charytatywne, obywatelskie patrole, wsparcie represjonowanych patriotów w Polsce i Europie? Może się to wydać górnolotną metaforą, ale naszą powinnością jest brać na barki krzyże, z którymi nie radzą sobie Ci, którym zdecydowaliśmy się swoją działalnością służyć. Niezależnie od tego, jakie błędy popełnili wcześniej ani tego, czy przyłożyli rękę do czegoś, z czym przychodzi nam po czasie walczyć. Czy nie patrzymy na okazje do działania przez pryzmat tego, czy ktoś na pomoc zasłużył? Takie spojrzenie zaprowadzi nas wkrótce do tego, że na nasz aktywizm nie zasługuje naród, któremu chcemy służyć. Ale nawet jeśli tak jest, to nie znaczy, że nie mamy tego robić.

To, co musimy dziś jako narodowcy wynieść Liturgii Męki Pańskiej to pokora. Przede wszystkim wobec swych powinności które mamy jako tacy, lecz również względem naszych kolegów i współpracowników; podwładnych i przełożonych. Musimy mieć świadomość, że służba narodowi to nie sposób na spędzanie wolnego czasu, nie środowisko przyjaciół, a nawet nie zestaw poglądów politycznych, jakie wyznajemy. Nasza droga winna przede wszystkim być naprawą tego, co zniszczył kto inny, niezależnie od tego, jak mało chwalebne się to wydaje. Walka, którą prowadzimy, wymaga nieustannego usuwania szkód wyrządzanych narodowi przez wrogie nam siły, i będzie tego wymagać coraz bardziej. Jeżeli opisana przeze mnie powyżej wizja nacjonalizmu wydaje się ponura i żmudna, to bardzo dobrze. Taka sama jest wizja Boga zsyłającego Potop i płaczącego w nocy przed aresztowaniem i męką. Ale jeśli po śmierci, która musi nastąpić, by więcej ocalić, następuje wielkie zwycięstwo, którym jest Przymierze Boga z człowiekiem, tak my musimy wierzyć w to, że nasza droga, mimo ciemnych etapów i momentów bezsensu i poniżenia, przyniesie sukces. Nie walczymy o siebie; jako nacjonaliści, już wygraliśmy ze światem, który chciał nam wmówić, że naród, tradycja i Bóg to relikty przeszłości – walczymy o tych, którzy jeszcze nie są tego świadomi. Czy są od nas w pewnym sensie „gorsi”? Nawet jeśli, to musimy im służyć. A bez pokory pochodzącej od wzoru Chrystusa, tej posługi nigdy nie wypełnimy.

 

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię